Nowa retro kawiarnia Cyngwajs. O tajemniczej historii miejsca opowiada właściciel: "Przywracamy Lublinowi coś, co zniknęło"

Anna Chlebus
Anna Chlebus
Nie ma jej na żadnych oficjalnych zdjęciach z tamtych czasów, w papierach po niej ani śladu. Kiedy w końcu po wojnie oficjalnie powróciła na mapy, zniknęli na zawsze jej mieszkańcy. O dawnej społeczności żydowskiej w Lublinie, przedwojennej sztuce kawiarstwa, tajemniczej, niewyjaśnionej historii kamienicy i przede wszystkim Cyngwajsie, który niedawno pojawił się na kulinarnej mapie Starego Miasta opowiedział nam Krzysztof Twaróg, jego założyciel.

Szewska 1, charakterystyczna różowa kamienica na rogu. Wystaje na róg skrzyżowania ze Świętoduską jak haczyk, o który zaczepiają się przechodnie. Wystarczy przystanąć na chwilę, zejść po schodkach na poziom dawnej ulicy i już wkracza się w istny portal do dawnych lat – nowo otwartą retro kawiarnię nieprzypadkowo nazwaną Cyngwajs. W starej, nieużywanej już gwarze miejskiej oznaczało to coś mniej więcej jak „wihajster” albo „tenteges” – coś niewielkiego, wystający gwoździk, wypukły element. W ten sposób przedwojenne słowo zostało ocalone przed zapomnieniem.
Pierwotnie miał być tam hotel żydowski – ale nigdy nie powstał, bo wedle starej tradycji dwóch Icków pokłóciło się po drodze na śmierć i życie i nic z inwestycji nie wyszło. Dlatego przed I Wojną Światową były tu po prostu prywatne mieszkania, a spis ich właścicieli dostępny jest do dzisiaj w zasobach Teatru NN. Figurował tam nawet niejaki Cukiermann.

Poczuć smak historii

- To, kim jesteśmy i wszystko co nas otacza zawdzięczamy ludziom, którzy byli przed nami – mówi Krzysztof Twaróg, aktywista, pasjonat i wraz z Wawrzyńcem Padło założyciel kawiarni. - My także chcieliśmy zapisać się na kartach historii miasta. Lublinowi ubyła wraz z wojną jedna trzecia charakteru, a pustka po niej nigdy nie została na powrót zapełniona. Brakowało nam tutaj takich interaktywnych miejsc, w których można by nie tylko zobaczyć historię, ale także jej dotknąć.

W Cyngwajsie można ją i ujrzeć, i poczuć, i nawet posmakować – to jedno z unikatowych na skalę światową miejsc serwujących kawę z syfonu parzoną przedwojenną metodą. Kiedyś był to powszechnie stosowany sposób, później wyparły go ekspresy i kawiarki, ostał się obecnie jedynie w Japonii. Smak naparu pokręca klimatyczny wystrój wnętrza dopieszczony w najdrobniejszych szczegółach. W przeszłość przenoszą nas nie tylko zabytkowe meble, ogromna korbowa kasa fiskalna na kontuarze czy lampowe radio, z którego przygrywa Django Reinhardt. Znajdziemy ją także w estetycznych drobiazgach zapewnionych przez Annę Kędzierską – porcelanowej, złoconej filiżance, kryształowej popielniczce, pachnącej antykwariatem gazecie z lat dwudziestych rzuconej niedbale na stoliku i opisującej historie, o których już dawno wszyscy zapomnieli.

Za oknem ulica sprzed 100 lat

Przed wojną kamienica miała dodatkowe okna, dziś już zamurowane. Nie ma ich na szczęście tylko teoretycznie - na ich miejscu wiszą wydruki fotografii przedstawiające autentyczny widok z tych okien w latach dwudziestych. Można przez nie „wyjrzeć” na ulicę sprzed przeszło 100 lat temu i zobaczyć wycinki z chwil, które już minęły.
Kiedy spojrzeć na archiwalne zdjęcia Lublina sprzed lat porozwieszane na ścianach, aż ciężko czasami rozpoznać nawet najbardziej znane landmarki. Wszystko za sprawą dobrze widocznej na nich dzielnicy żydowskiej, po której nie został nawet ślad – w tej chwili na jej miejscu znajduje się Plac Dworcowy, Aleja Tysiąclecia i parking na Błoniach pod Zamkiem. W głębi korytarza, schowana przed oczyma postronnych pyszni się perełka tej małej kolekcji fotograficznej - lotnicze zdjęcie miasta wykonane przez żołnierza armii austrowęgierskiej. Widać na nim jak na dłoni jak bardzo inaczej rozkładał się ciężar miasta – lecz Cyngwajsowy gwoździk tkwi w nim bez zmian. Wtedy ulica Świętoduska przechodząca w Kowalską, a następnie w nieistniejącą już Szeroką była główną arterią tej części miasta. Do czasu - Niemcy wyburzyli południowo-zachodnią część żydowskiej dzielnicy, a całą resztę zaorały do gruntu czasy PRL-u.

- Wiele miast w Polsce to takie niewidzialne cmentarzyska – warto o tym pamiętać, nie dać temu przestać istnieć, osunąć się w zapomnienie – opowiada Krzysztof. - Dla przykładu – jeden powojennych materiałów dotyczących tej kamienicy to kadr z rzutem przez okno na ul. Staszica, musiał wykonany zostać z jej wnętrza. Na pierwszym planie, na miejscu tej rabatki kwiatowej leżały zwłoki niemieckiego żołnierza. Poziom gruntu był wtedy znacznie niżej niż teraz. Historia zwyczajnie ukryła się przed naszymi oczami, ale nie przestała istnieć.

Niewidzialna kamienica

Gdyby chcieć cofnąć się jednak jeszcze wcześniej w historii tego budynku – tutaj zaczynają się tajemnice i niewyjaśnione niedopowiedzenia. Wszystko zaczyna się wraz ze zleceniem, które w 1936 roku otrzymał od magistratu niejaki Stefan Kiełsznia. Miał on mianowicie obfotografować wszystkie przedsiębiorstwa uliczne od Ratusza aż po Lubartowską (która wtedy nazywała się Nowa). Wykonał je co do joty – z jednym wyjątkiem. Lokalu Szewska 1. Co więcej - w spisie przedsiębiorstw z tamtego czasu żadna restauracja nie figuruje – choć na prywatnych fotografiach widać ją wyraźnie. Tak samo sprawa się miała ze oficjalnymi zdjęciami dokumentalnymi wykonanymi przez austrowęgierskich żołnierzy. I znów mamy widok spod Bramy Krakowskiej z rzutem na targ na Świętoduskiej, na którym widać wszystko jak na dłoni – wszystko, z wyjątkiem jednej kamienicy. Szewska 1 znów niewidzialna, rozmyta, jakby po dawnemu „wyretuszowana”.

- Widzialne na zdjęciu, a niewidzialne w papierach. Brak dokumentacji wykonanej przez Kiełsznia może wskazywać na to, że może było tu kasyno, a może szynk? - zastanawia się Krzysztof. - Jedno jest pewne. Miało pozostać w sferze niedopowiedzeń.

Miasto wraca do korzeni

- W tej chwili Lublin znów staje się naprawdę otwartym, zachodnim miastem. Mamy tu studentów z najprzeróżniejszych stron świata, z Afryki, Ameryki, Azji. Wszystko nabiera takich kształtów, jakie miało kiedyś. Miasto wraca do swoich korzeni otwartości, roli portu i domu dla różnorodnych kultur. Ten trend prowadzi ku dobremu i ogromnie mnie cieszy – mówi Krzysztof.

Dzisiaj historię na nowo piszemy my. Co będą wspominać za 100 lat?

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Rutkowski robi show. Zobacz InstaHistorie !

Materiał oryginalny: Nowa retro kawiarnia Cyngwajs. O tajemniczej historii miejsca opowiada właściciel: "Przywracamy Lublinowi coś, co zniknęło" - Kurier Lubelski

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Wróć na krasnik.naszemiasto.pl Nasze Miasto
Dodaj ogłoszenie