"Sandman". Chcesz poświęcić około 10 godzin, aby Sen się do Ciebie uśmiechnął. Ten serial to rozkosz dla oczu [RECENZJA]

Magdalena Bohdanowicz
Magdalena Bohdanowicz
materiały prasowe Netflix
Udostępnij:
Netflix kusi nowym serialem - "Sandman". To adaptacja komiksu Neila Gaimana, wydawanego przez DC Comics w latach 1989-1996. Czy warto pochylić się nad tą produkcją i oddać jej, lekką ręką licząc, około 10 godzin swojego życia?

Na Netflix 5 sierpnia pojawiła się nowa produkcja, "Sandman". "Połączenie współczesnych mitów z mroczną fantastyką, dramatem historycznym i legendami. Opowieść o Morfeuszu, władcy snu, oraz o ludziach i miejscach, które napotyka, naprawiając swoje kosmiczne, a także zwyczajnie ludzkie błędy", opisuje produkcję gigant.

"Sandman" - nowy serial Netflix na podstawie komiksu

I to całkiem trafnie oddaje to, co "Sandman" Netflixa widzowi przedstawia. Ale zacznijmy od początku - nowy serial Netflix to historia fanom komiksów dobrze znana. Stworzył ją Neil Gaiman, a DC Comics w latach 1989-1996 wspomnianą wydawało. Przybliża ona postać jednego z Nieskończonych, tytułowego Sandmana. To nikt inny jak personifikacja Snu, najczęściej nazywanego w netflixowej produkcji per Morfeusz. Pozostała szóstka, będąca jego rodzeństwem, to Los, Śmierć, Zniszczenie, Rozpacz, Pożądanie i Maligna.

Jeżeli jesteście fanami tego konkretnego komiksu - w trakcie serialu poczujecie i zachwyt (wiernie odtworzone kadry z komiksu), i wściekłość (fabuła serialu momentami odbiega od oryginalnej, mówiąc łagodnie). Przyznaję, że osobiście do serialu podchodziłam bez większych oczekiwań względem oryginalnej fabuły - czytałam ów komiks w latach młodzieńczych, a jak wiadomo, ludzka pamięć bywa zawodna. Liczyłam jednak na serial w klimacie, który lubię, gdzie fantastyka, postacie znane z Biblii i innych świętych ksiąg mieszają się z rzeczywistością i zwykłymi ludźmi, jest humor, ale i chwile refleksji lub emocji. Jestem ogromną fanką takich produkcji - w moim prywatnym rankingu palmę pierwszeństwa dzierży "Legion", tuż za nim drepcze "Dobry omen" i "American Gods". Darzę również sentymentem "Lucyfera", choć w dużej mierze ze względu na brytyjski akcent i fizys Toma Ellis'a. Ze względu na komiksowe pochodzenie liczyłam również na wizualną rozpustę w postaci dopracowanych efektów i ujęć.

"Sandman". Sny są super, ale Sen bywa bezlitosny

W serialu Netflix w postać snu wciela się Tom Sturridge, który robi to absolutnie bezbłędnie. Ucieleśnia Władcę Snów tak, jak przedstawiony był w komiksie: jest blady, chudy, z czarną zmierzwioną czupryną i głosem którym operuje tak, że mógłby śmiało czytać dzieciom bajki na dobranoc - lub szeptać przerażające rzeczy, też by pasowało. Trzeba tu oddać Sturridge'owi, że niewiele w ogóle mówiąc, wdzięcznie przedstawił wielowymiarowość swojego bohatera. Jego decyzje mogą w pierwszym momencie wręcz oburzać, ale później odsłania on swoją niemalże ludzką, bogatą w emocje stronę i już zupełnie inaczej jego czyn oceniami. Osobiście po 2. odcinku chciałam się na Władcę Snów śmiertelnie obrazić. Niedługo później siedziałam przed telewizorem wzdychając zauroczona jego czynami w Śnieniu (krainie należącej do tytułowego Władcy Snów). To uczucie pojawi się kilkukrotnie podczas oglądania 1. sezonu, gwarantuję wam to.

Jednak nie tylko Sturridge jako Sen przykuwa uwagę w tym serialu. Kroku dotrzymują mu również postacie będące jego rodzeństwem, które poznajemy: Śmierć, Rozpacz i Pożądanie oraz Lucyfera. Gwendoline Christie, która gra tego ostatniego, nadaje piekielnemu władcy kobiecy rys, ale nadaje go w sposób, który mnie osobiście nieco uwiera. Zostawiam do oceny własnej i zapraszam do dyskusji. Zachwycona jestem natomiast Kirby Howell-Baptiste, która reprezentuje Śmierć i robi to znakomicie.

Kompletnie nie porywa mnie za to wcielająca się w rolę Johanny Constatine Jenna Coleman, która, odnoszę wrażenie, pojawia się dla zasady (czyt. ponieważ Constantine w komiksie się pojawia). Jest, a potem jej nie ma - i niczego to nie zmienia. Więcej charyzmy ma nowy kruk Władcy Pierścieni, którego spostrzeżenia wymuszają refleksję zarówno głównego bohatera, jak i postaci pobocznych. A skoro jesteśmy już przy postaciach pobocznych... Cóż to jest za wspaniała plejada! Naprawdę, zarówno Bibliotekarka Śnienia, Kain i Abel, Marzenia i Koszmary, mag, który zdołał uwięzić Śnienie, syn maga oraz Wir Senny, a także mężczyzna obdarzony z ciekawości Śmierci i Snu nieśmiertelnością - oni wszyscy dodają smaczku tej produkcji.

"Sandman". Wizualna perełka dla widza

Drugą kwestią, którą warto podkreślić i docenić, jest strona wizualna. Ten serial jest przede wszystkim przyjemny do oglądania, choć zdecydowanie nie nadaje się dla młodszych odbiorców. Nie brak w nim brutalności i makabry, a niektóre postacie i sytuacje mogą niejednemu dziecku (a przede wszystkim rodzicom) zafundować kilka bezsennych nocy. Nie wierzycie? To wyobraźcie sobie twarz, w której oczy to dziury z zębami. Albo ludzi, który stosunkowo powoli... wybuchają. Wierzcie mi, nie bez powodu ten serial jest oznaczony jako tylko dla widzów 18+. Natomiast warto podkreślić, że nawet makabra ma w nim swój urok, a każde ujęcie to wizualna perełka, którą nic, tylko zapauzować, wydrukować na dobrym papierze i zawiesić na ścianie.

Podsumowując - historia jest doskonale znana, choć nie doczekała się dotychczas serialowej adaptacji. Aktorzy jak to aktorzy, niektórzy dają kompletnie ciała na ekranie, a od innych nie sposób oderwać wzroku. Czy jest nudno? Może z początku, gdy milczący, uwięziony Morfeusz co najwyżej na nas z ekranu łypie groźnym spojrzeniem. Im jednak dalej w las, tym ciekawiej się robi, a dialogi (zwłaszcza ze Snem) się wydłużają i stają coraz bardziej interesujące. Robi się też coraz piękniej, a na końcu Władca Snów po raz pierwszy się do nas uśmiecha. Półgębkiem, ale zawsze.

Nie jest to serial, który w mojej ocenie pretenduje do miana kultowego, przełomowego, wyjątkowego czy arcy-jakiegoś. Jest po prostu dobrze zrealizowaną komiksową opowieścią, którą przyjemnie się ogląda, której twórcy bawią się z widzem zmuszając go do umiarkowanej czujności podczas seansu. Serial ten prędzej zmusi widza do przemyśleń, aniżeli zemdli zbytnią romantycznością czy rozbuchaną seksualnością. Nawet walki są umiarkowanie spokojne - rywalizacja Snu z Lucyferem opiera się nie na sile mięśni, a na sprycie i wyobraźni, pozostawiając widza nie z atakiem padaczki od migających na ekranie obrazów, a z myślą, że Morfeusz to jednak sprytny i mądry gość jest.

Jeżeli poszukujecie więc serialu, który wizualnie zachwyca, skłania ku przemyśleniom i jednocześnie nie jest nudny i mdły, a fantastyka was nie razi, to polecam.

OCENA: 7/10.

"Sandman" - obsada

Tom Sturridge - Sen, władca Śnienia
Kirby Howell-Baptiste - Śmierć
Mason Alexander Park - Pożądanie
Donna Preston - Rozpacz
Gwendoline Christie - Lucyfer, władca Piekła
Charles Dance - Roderick Burgess, szarlatan i mag
Joely Richardson - Ethel Crisp, ukochana Rodericka Burgessa i matka Johna Dee
David Thewlis - John Dee, syn Rodericka Burgessa i Ethel Crisp
Vivienne Acheampong - Lucienne, bibliotekarka Śnienia
Boyd Holbrook - Koryntyjczyk, zbiegły koszmar
Stephen Fry - Gilbert, towarzysz podróży Rose Walker, również zbiegły z krainy Śnienia
Asim Chaudhry - Abel, pierwsza ofiara
Sanjeev Bhaskar - Kain, pierwszy zabójca
Patton Oswalt - głos kruka Matthew
Mark Hamill - głos Mervyna Dyniogłowego
Jenna Coleman - lady Johanna Constantine
Kyo Ra - Rose Walker, młoda kobieta poszukująca zaginionego brata
Razane Jammal - Lyta Hall, przyjaciółka Rose Walker
Sandra James Young - Unity Kinkaid, wspierająca Rose Walker w jej poczynaniach

Serial dostępny na Netflix od 5 sierpnia br.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!
Materiały promocyjne partnera

Made in Germany. Made in Russia. 1939 - Instalacja art. Jerzego Kaliny

Materiał oryginalny: "Sandman". Chcesz poświęcić około 10 godzin, aby Sen się do Ciebie uśmiechnął. Ten serial to rozkosz dla oczu [RECENZJA] - Telemagazyn

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Więcej informacji na stronie głównej Nasze Miasto
Dodaj ogłoszenie