Nie wiedzieliśmy co nas czeka. Tragedia wysiedlonych mieszkańców Zamojszczyzny

Bogdan Nowak
Bogdan Nowak
Obozowe zdjęcia Czesi Kwoki
Obozowe zdjęcia Czesi Kwoki Wilhelm Brasse
Dodaj komentarz:
Udostępnij:
Podczas niemieckiej akcji pacyfikacyjno-wysiedleńczej wypędzono z domów ok. 110 tys. osób w tym 30 tys. dzieci. Byli to mieszkańcy prawie trzystu wsi na Zamojszczyźnie. Wielu z nich zginęło w hitlerowskich obozach, umarło z chorób i głodu. Niebawem obchodzona będzie 79 rocznica tamtych tragicznych wydarzeń.

- Nasza gmina, tak jak cała Zamojszczyzna, dotknięta została wysiedleniami. Taki los w grudniu 1942 r. dotknął mieszkańców Złojca oraz Wólki Złojeckiej – opowiada Adam Wal, wójt gminy Nielisz. - W ramach represji Niemcy rozstrzelali także ponad 40 osób w Stawie Noakowskim. Ofiar było dużo. W ostatnim czasie jednak symbolem tego, co się wówczas działo, stał się los Czesi Kwoki z Wólki Złojeckiej. Tragedia tego dziecka obrazuje bezwzględność i okrucieństwo niemieckich oprawców.

Czesia

Wólka Złojecka była niewielką miejscowością na wschodnim skraju gminy Nielisz. Według spisu z 1921 r. stało tam 47 domów, w których żyło 295 mieszkańców. Jak opowiada Maria Buryś, sołtys Wólki Złojeckiej, ta niewielka wioska niczym nie różniła się przed II wojną światową od okolicznych miejscowości. - Zabudowania były tutaj drewniane, a niektóre domy łączyły się oborami. Były też sady, rozległe pola – opowiada pani sołtys. - Ludzie żyli wówczas we wsi skromnie, ale spokojnie.

Na początku grudnia 1942 r. Wólka Złojecka została przez Niemców wysiedlona. Taki los spotkał także rodzinę 14-letniej Czesławy Kwoki (dziewczynka urodziła się 15 sierpnia 1928 r.). - Niemcy otoczyli wieś i przeprowadzili selekcję. Moją rodzinę zostawiono na miejscu, bo miała służyć u niemieckich kolonistów – mówi Maria Buryś. - Innych pognali do obozu przejściowego w Zamościu. Musieli zostawić cały dobytek. Teraz na miejscu, gdzie był dom Kwoków (stał pod numerem 12) rosną tylko drzewa, zarośla.

Dalsze losy rodziny Kwoków prześledził Martin Winstone w książce pt. „Generalne Gubernatorstwo. Mroczne serce Europy Hitlera”. „Pobyt Czesławy i (jej matki) Katarzyny w tym obozie (chodzi o zamojski obóz przejściowy – przyp. red.) nie potrwał długo, gdyż już 10 grudnia razem z ponad 600 innymi mieszkańcami Zamojszczyzny wsadzono je do transportu, który wieczorem 12 grudnia 1942 r. przybył do Auschwitz” – czytamy w tej publikacji. „Więźniowie musieli czekać całą noc aż do rana, zanim ich zarejestrowano”.

Z Zamościa wyjechały do Oświęcimia w sumie trzy transporty więźniów. Pierwszy z nich (w nim znalazła się Czesława Kwoka) oficjalnie liczył 644 osób. Wśród nich było 92 więźniów, którzy nie mieli jeszcze 18 lat. Wiadomo, że Katarzyna Kwoka otrzymała w Auschwitz-Birkenau numer „26 946”, a Czesława Kwoka – „26 947”. Matka i córka, tak jak tysiące innych więźniów, zostały po przybyciu do obozu sfotografowane. Zdjęcia wykonał im fotograf Wilhelm Brasse, który był polskim więźniem politycznym ze Śląska. To niezwykłe, ale zapamiętał on dziewczynkę z Zamojszczyzny. Mówił o tym w wywiadzie dla jednej z brytyjskich gazet.

Czerwony trójkąt na pasiaku

„Była taka młodziutka i taka wystraszona. Dziewczynka nie rozumiała dlaczego się tu znalazła, i nie mogła zrozumieć co do niej mówią” – opowiadał po latach Brasse. – „Inna więźniarka, która była kapo, wzięła kij i uderzyła ją w twarz. Ta Niemka po prostu wyładowała złość na tej dziewczynie. Taka piękna, młoda dziewczyna, taka niewinna. Płakała, ale nie mogła nic zrobić”.

Wykonane wówczas czarno-białe fotografie są często reprodukowane: w książkach, czasopismach, na stronach internetowych. Widzimy na nich dziewczynkę tuż po zadanych jej ciosach. Ma krwawiącą, dolną wargę. Jest przerażona, jakby nieobecna. Wyraźnie wyczuwamy, że to bezbronne dziecko musiało się zmierzyć z czymś, co przechodziło wyobrażenie. Wyczuwa się jej strach i rozpacz. Niestety, po wykonaniu tych zdjęć dziewczynka nie żyła długo. Zmarła w obozie 12 marca 1943 r. „Przyczyna śmierci Czesławy nie jest znana, ale prawdopodobnie zapadła na jakąś chorobę, albo została zamordowana zastrzykiem fenolu” – napisał Winstone.

Reprodukcje fotografii na których widać Czesię trafiły jakiś czas temu do Mariny Amaral, brazylijskiej artystki. Pokolorowała je, a potem zamieściła w Internecie. Krótko opisała też tragiczną historię nastolatki z Zamojszczyzny. Na owych zmienionych, kolorowych zdjęciach dokładnie widać krew na ustach i sińce na twarzy Czesi. Można też zobaczyć jej brązowe oczy oraz granatową-czarną chustę na włosach. Widać też czerwony trójkąt na pasiaku dziewczynki. Oznacza, że była więźniem politycznym: polką, katoliczką.

Fotografia wywołała ogromne wrażenie. Była publikowana w mediach społecznościowych i serwisach informacyjnych na całym świecie. Trafiła też m.in. na stronę internetową Miejsca Pamięci i Muzeum Auchwitz Birkenau. Jak napisali pracownicy tej placówki zdjęcie, na Twitterze „w ciągu zaledwie jednego dnia” miała ona ok. pięć milionów wyświetleń. Pod fotografią napisano mnóstwo komentarzy w wielu językach. A przecież to tylko (i aż) historia jednej dziewczynki. Takich, prześladowanych przez Niemców dzieci z Zamojszczyzny były tysiące...

Marsz za druty

Akcja wysiedleńczo-pacyfikacyjna na Zamojszczyźnie stanowiła część wielkiego, hitlerowskiego Generalnego Planu Wschodniego (Generalplan Ost). Jego głównym celem było zgermanizowanie całej Europy Wschodniej. Zaczęto od Zamojszczyzny. Pierwsza tzw. próba wysiedleń odbyła się w dniach 6—25 listopada 1941 r. Wygnano wówczas z domów mieszkańców podzamojskiego Wysokiego, Białobrzegów, Bortatycz, Huszczki Dużej, Huszczki Małej i Podhuszczki. Akcja objęła ok. 3 tys. osób. To był początek. W nocy z 27 na 28 listopada 1942 r. Niemcy otoczyli Skierbieszów, a potem okoliczne miejscowości.

„Ludność tej wsi była zaskoczona (...). Dano ludziom 20 minut czasu na ubranie się i zabranie ze sobą niezbędnych rzeczy. Załadowano ich później na furmanki i zawieziono prosto do Zamościa za druty” – wspominał jeden ze świadków, mieszkaniec Skierbieszowa w anonimowej relacji. – „Po wysiedleniu Polaków, Niemcy jeszcze tego samego dnia osiedlili nowych kolonistów, których było znacznie mniej niż wysiedlonych. Zajmowali oni najlepsze i najbogatsze gospodarstwa”.

Kilkadziesiąt wspomnień z tego czasu mieszkańcy Zamojszczyzny przysłali na konkurs zorganizowany w 1963 r. przez Wrocławski Tygodnik Katolicki. Wynika z nich, że Niemcy zawsze działali według podobnego schematu. Jednostki policji, żandarmerii, gestapo, SS, a nawet Wehrmachtu i policji ukraińskiej otaczały wsie, zwykle nocą lub wczesnym rankiem. Polaków wypędzano z domów. Mogli zabrać ze sobą jedynie podręczny bagaż. Jeśli ktoś nie mógł wyjść, był na miejscu zabijany. Dotyczyło to zwykle starców lub ludzi obłożnie chorych.

„Nad wsią zawisła groza” – pisał w swoich wspomnieniach dla WTK Bogusław Maziarczyk z Chomęcisk Małych (gm. Stary Zamość). – Wielu gospodarzy załadowało dobytek na wóz i wraz z rodziną uciekło nocą do drugiej wsi, do krewnych czy znajomych (...). Ale byli na wsi i tacy, którzy postanowili nigdzie nie wyjeżdżać, wyrabiając w sobie ten upór, że ze swojego nigdzie się nie ruszą”.

Chomęciska Małe zostały wysiedlone 4 grudnia 1942 roku. „We wsi naszej hitlerowscy żołdacy, ziejący alkoholem i nienawiścią, bestialsko przeprowadzili akcję wysiedlania tych, którzy pozostali” – pisał pan Bogusław”. „Wchodząc do domu, wypędzali z niego wszystkich mieszkańców. Tych, co chcieli wziąć coś na drogę, bito kolbami”.

Takich tragicznych wspomnień jest znacznie więcej. - Do nas uzbrojony po zęby Niemiec przyszedł raniutko. Powiedział tylko „komm”. Zrozumieliśmy, że mamy wychodzić. Natychmiast. Ale dzieci były boso. Mama zaczęła tego Niemca jakoś na migi prosić, żeby pozwolił nałożyć im buty. On zgodził się. Ubrali się też rodzice. Udało się zabrać kosz z jedzeniem i m.in. pierzynę, którą mama wzięła na plecy. I tak poszliśmy - wspomina Helena Mnich z Sitna (ur. 6 kwietnia 1934 r.). - Niemcy zjawili się też w innych domach naszej wsi.

Mieszkańców Sitna także wysiedlono w grudniu 1942 r. Na początku zgromadzono ich na placu przed miejscowym budynkiem Urzędu Gminy. Tam już działała niemiecka komisja. Ludzi dzielono na kilka grup. Jedną stanowiły osoby legitymujące się pochodzeniem niemieckim (w tej wsi było kilka rodzin o niemiecko brzmiących nazwiskach) oraz takie, które ze względu na tzw. cechy rasowe nadawały się do germanizacji. Inną stanowiły dzieci do 14. roku życia oraz starcy, kolejną — ludzie w wieku od 16 do 60 lat, których uznano za zdolnych do pracy. Byli też tacy, których Niemcy określili jako „nieprzydatnych” (kalecy, ułomni).

- Pamiętam, że jakaś Niemka wzięła mnie pod brodę, popatrzyła na moją twarz i powiedziała po niemiecku „dobrze, dobrze” - wspomina Helena Mnich. - Moją mamę to przeraziło. Bała się, że przeznaczą mnie do zniemczenia, że się rozłączymy. W końcu zostałam przy rodzinie, ale ojca przeznaczono na roboty w Niemczech. Później ludzi czwórkami popędzono do Zamościa. To był ciężki, długi marsz. Tylko dzieci oraz niektóre osoby starsze mogły siąść na furmanki”.

Gdy mieszkańcy Sitna doszli do rogatek Zamościa, zobaczyli tłum mieszkańców tego miasta. - Stali całymi gromadami przy drodze. Pokazywali nam, żebyśmy uciekali, skakali z wozów. Jak to mieliśmy zrobić? Nasz ojciec się na to nie zdecydował. Uważał, że to się nie uda, że Niemcy uciekinierów zabiją - wspomina Helena Mnich. - Tak dotarliśmy do zamojskiego obozu przejściowego. Moją mamę, mnie, siostry oraz dziadków (Teklę i Macieja Jakubiaków) umieszczono w baraku numer dziewięć. Ojciec trafił do czternastki.

Warunki były nieludzkie

Obóz przejściowy w Zamościu (UWZ Lager Zamość) Niemcy założyli 27 listopada 1942 r. Było w nim kilkanaście drewnianych baraków. Teren ogrodzono drutem kolczastym. Tylko w pierwszym tygodniu osadzono tutaj 10 tys. wysiedlonych, m.in. ze Skierbieszowa, Sitna i okolicznych wsi. Potem ich liczba stopniowo rosła. Do marca 1943 r. przez obóz przeszło ponad 41 tys. osób. Na wstępie wszyscy wysiedleni musieli przejść selekcję (odbywały się w baraku nr pięć).

Zwykle matkom odbierano wówczas dzieci (opiekowały się nimi potem starsze kobiety). Rozłączone rodziny przetrzymywane były w okropnych warunkach. W nieogrzewanych barakach nie było prycz ani innych sprzętów. Jak to wszystko wspominali byli więźniowie? Kilka lat temu uczniowie Gimnazjum z Bodaczowa zebrali relację najstarszych, wysiedlonych mieszkańców tej miejscowości oraz Wielączy, Nielisza, Szperówki, Szczebrzeszyna, Wolicy Śniatyckiej i Zawady. Wspomnienia spisano przy wsparciu miejscowych nauczycieli. Są wstrząsające.

„Jak przyjechałam do Zamościa, było ciemno. Orientacji nie miałam jako dziecko, bo nie znałam przecież Zamościa. Były takie pomieszczenia, nawet nie wiedziałam, że są to baraki” – wspomina Władysława Matwiejczuk z Bodaczowa. „Dzieci przebywały w baraku 16 i 17, jeśli dobrze pamiętam. Każdy z nich ogrodzony był drutem kolczastym, na których było oświetlenie i były dróżnicze bramki. Tam poszczególni Niemcy mieli dyżury, żeby nikt nie mógł uciec”.

„Pierwsza noc (w obozie) była straszna” – czytamy także w relacji Alfonsa Berlina z Wolicy Śniatyckiej (gmina Komarów Osada). „Rano, po nieprzespanej nocy spożyliśmy śniadanie złożone z zabranych z domu zapasów. Do baraku weszło kilku Niemców (...). Byłem świadkiem zabójstwa małej dziewczynki, miała może 3 lata. Gdy Niemiec polecił matce, by oddała dziecko, ta odmówiła. Nie wiedzieliśmy co z nami będzie, co nas czeka, a każdego dnia przygotowywano nowe transporty, wywoływani z baraku już nie wracali”.

Pobyt w zamojskim obozie był dla więźniów prawdziwą gehenną. „Zgrupowali nas do baraków, a w tych barakach nie było żadnych mebli, tylko goła ziemia. Jak ktoś miał jakąś pościel, to rozkładał na ziemi i kładł się” – wspomina Władysława Matwiejczuk. „Pamiętam, że mama wzięła taką kołdrę rozścieliła mi i mojemu rodzeństwu, i położyliśmy się na tym błocie i przenocowaliśmy (...). Warunki były tragiczne, nieludzkie. Jeżeli chcieliśmy załatwić potrzebę fizjologiczną, trzeba było wyjść za barak i tam ją załatwić. Wszy i robaki były wielkości palców. Dla mnie były to najcięższe przeżycia w moim życiu”.

Pani Władysława zapamiętała, że jedzenie dla więźniów gotowano w beczkach, które stały na obozowym placu. „A posiłki wyglądały następująco: rano czarna kawa i kromka chleba, obiad – zupa z brukwi, kolacja – czarna kawa i kromka chleba. Wszyscy dostawali to samo do jedzenia, również i dzieci” – czytamy w relacji Feliksy Machałek z Wielączy.

Więźniów prześladowano i upokarzano. „Była SS-manka nazywana Gierdą, która bestialsko biła dzieci. Widziałam, jak podeszła do kobiety i wyrwała jej dziecko. Trzymając za nóżkę, zanurzyła tę małą osóbkę w beczce z wodą i utopiła” – wspominała Władysława Matwiejczuk. „W obozie nie było opieki medycznej. W każdym baraku był barakowy. Codziennie rano musiał przeliczyć ludzi. Jeżeli ktoś już nie mógł ustać na własnych nogach, to zabijano go, a ci, co umierali - a przeważnie były to małe dzieci - musieli zostać wywiezieni (…). Rano przyjeżdżał wózek w formie taczki i tych zmarłych nakładali na tę taczkę i wywozili do dołu na cmentarzu (…). Dziennie umierało około 20-30 dzieci”.

Potwierdza to wszystko Helena Mnich. - Pożywienie w obozie było podłe – mówi. - Dlatego dzieci zaczęły chorować na biegunkę. Nie było sposobu, aby temu zaradzić, więc umierały po kilku dniach… Pamiętam, że w baraku obok mnie były trzy dziewczynki z Sitna. Nosiły nazwisko Maciaszek. Wszystkie umarły. Taki los spotkał także znajomego chłopca, z którym chodziłam do szkoły. On zmarł na zapalenie płuc.

Na początku 1943 r. w obozie wybuchła epidemia tyfusu plamistego. Więzionych nękały też dyfteryt, szkarlatyna. Najbardziej cierpieli najmłodsi. W obozie umierało wówczas od 30 do 70 dzieci dziennie. Helena Mnich zapamiętała także niemieckich oprawców. Wyjątkowo brutalny był Artur Schütz, komendant obozu, zwany przez więźniów „Ne” (bo to słowo podobno często w obozie powtarzał). To był młody wysportowany sadysta i oprawca: zawodowy bokser.

- „Ne” chodził z wielkim wilczurem i nahajką. Wszyscy się go bali — wspomina Helena Mnich. - Ten oprawca także dopuszczał się zbrodni. Komendant Schütz topił np. dzieci w obozowej kloace albo kopał je, aż umarły.
Niemiecki obóz przejściowy działał także w Zwierzyńcu. Tam również panowały okropne warunki. W sumie więziono w tym miejscu ponad 20 tys. osób.

Nikogo nie pozostawiono bez wsparcia

Z obozów przejściowych więźniów wywożono pociągami w różne rejony Generalnego Gubernatorstwa, a następnie umieszczano ich m.in. w tak zwanych wsiach rentowych. Część z nich trafiła do obozów koncentracyjnych na Majdanku i w Oświęcimiu (tam uśmiercano ich często w komorach gazowych). Dzieci trafiały jednak najczęściej w okolice Warszawy (m.in. do Pilawy, Łaskarzewa, Garwolina, Siedlec i Łosic). Wiele z nich zmarło zimą w nieogrzewanych wagonach. Kilka tysięcy wywieziono także do Niemiec, gdzie zostały zgermanizowane.

Niemiecka akcja wysiedleńcza objęła w sumie 110 tys. mieszkańców Zamojszczyzny, w tym ok. 30 tys. dzieci. To było 31 proc. Polaków zamieszkujących cztery powiaty: zamojski, biłgorajski, tomaszowski i hrubieszowski. Całkowicie lub częściowo wysiedlono ludność ok. 300 miejscowości. Zamojskie rodziny zostały zdziesiątkowane, rozdzielone, wiele osób zginęło. Ci, którzy przetrwali, zawdzięczali to ofiarności wielu osób.

Przykładów na to nie brakuje. Wiadomo np. że pierwszy transport wysiedlonych z zamojskiego obozy przejściowego dotarł do Siedlec 31 stycznia 1943 r. Pomoc dla nich zorganizował miejscowy oddział Polskiego Komitetu Opiekuńczego. W akcję włączył się także siedlecki Zarząd Miejski oraz szpital. Przygotowano m.in. kuchnie polowe oraz pomieszczenia dla 2 tysięcy osób. Nie zawiedli także zwykli mieszkańcy miasta i powiatu.

Na przybyszów czekały na peronie tłumy. Ludzie w odruchu serca przynieśli ze sobą żywność i koce. Dla dzieci przygotowano gorące mleko. Jednak mieszkańcy Siedlec byli wstrząśnięci tym co ujrzeli. Gdy pociąg wjechał na siedlecki peron, z trudem wyszli z niego przemarznięci, półżywi, obdarci i wynędzniali wysiedleńcy. Słaniali się na nogach. W sumie przywieziono wówczas 998 osób, w tym wiele dzieci. Większość z nich umieszczono w rodzinach zastępczych, chorzy trafili do szpitala (u wielu stwierdzono zapalenie płuc, odrę, dyfteryt, anemię, odmrożenia), a niektórzy wysiedleńcy znaleźli się w baraku na przedmieściach na tzw. Gęsim Borku. Nikogo nie pozostawiono bez wsparcia.

Nie wszyscy jednak przeżyli. 1 i 2 lutego 1943 r. do kostnicy szpitala w Siedlcach dostarczono zwłoki 22 wysiedlonych. Wśród nich znalazła się Janina Biruk z Wólki Złojeckiej (dziewczynka miała 2 miesiące), Antoni Wiater z Łabuniek (6 lat), Maria Pyrz (3 tygodnie), Stanisław Smyl z Udrycz (6 lat), Tadeusz Gałan z Sitna (4 lata), Jan Czop z Wielączy (8 lat), Stanisław Czop (5 lat) oraz 3-letnia Irena Hausner.

Szloch żałobny wstrząsnął tłumem

Zmarłym zorganizowano godny pogrzeb, który przerodził się niemal w patriotyczną demonstrację. W miejscowym kościele wystawiono trumny ze zwłokami. A gdy ruszył kondukt, mieszkańcy Siedlec wzięli trumny na swoje ramiona. Tłum przeszedł ulicami miasta. Niemcy nie reagowali. Wyraźnie zaskoczyło ich zachowanie mieszkańców Siedlec. Tak o tym pisała konspiracyjna prasa:

"Przy biciu dzwonów i udziale tysięcznych tłumów wyruszono po uroczystym nabożeństwie (...). Trumny złożono na miejscowym cmentarzu. Na widok tego korowodu śmierci szloch żałobny wstrząsnął tłumem".

"Żywiołowość i siłę reakcji siedleckiego społeczeństwa na widok umęczonych zamojszczan, pierwsze spontaniczne akty pomocy, rozchwytywanie dzieci, udział w pogrzebie zmarłych można było przyrównać do wybuchu wulkanu, nad którym nic nie zdoła zapanować" – pisał także jeden ze świadków tamtych wydarzeń.

Kolejny, wielki transport wysiedleńców przybył do powiatu siedleckiego 2 lutego. Tym razem przywieziono z Zamościa 1046 osób (w tym 550 dzieci w wieku do lat 15). Pociąg przyjechał na stację kolejową Mordy, oddaloną o kilkanaście kilometrów od Siedlec. Okoliczni mieszkańcy znowu wysiedlonym pomogli, chociaż w wojennej rzeczywistości sami ledwo mogli się utrzymać, przeżyć.

- Moja rodzina po wojnie wróciła do Sitna. Nikt z moich bliskich nie zmarł, nie zginął. Pomogli nam mieszkańcy Siedlec – wspomina po latach Helena Mnich. - Nie wszyscy mieli jednak takie szczęście. To co się wówczas działo na zawsze zapadło w ludzkich sercach.

Uroczystości w Zamościu i Skierbieszowie

Uroczystości związane z obchodami 79 rocznicy wysiedleń Zamojszczyzny odbędą się w Zamościu w piątek (26 listopada). O godz. 10 zaplanowano mszę w kościele św. Michała Archanioła w Zamościu. Następnie uczestnicy przejdą przed Pomnik Ofiar Faszyzmu przy ul. Piłsudskiego. Tam o godz. 11. zaplanowano ceremonię złożenia wieńców i kwiatów.

Obchody zaplanowano także w Skierbieszowie. Odbędą się niedzielę (28 listopada). Uczestnicy zbiorą się o godz. 9.10 przy miejscowym Urzędzie Gminy. Stamtąd odbędzie się przemarsz do skierbieszowskiego kościoła parafialnego. Tam zaplanowano przemówienia, część artystyczną, a potem mszę w intencji wysiedlonych. O godz. 10.40 uczestnicy zgromadzą się przy miejscowym pomniku Walki i Męczeństwa. W programie m.in. apel poległych.

Wypieramy z naszej świadomości, że jest pandemia KOMENTARZ

Wideo

Materiał oryginalny: Nie wiedzieliśmy co nas czeka. Tragedia wysiedlonych mieszkańców Zamojszczyzny - Zamość Nasze Miasto

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie